FANDOM


Witam w kolejnym, już sto trzydziestym czwartym odcinku programu Najgorsze Gry Wszechczasów. Mechy to temat, który od zarania dziejów, nieustannie cieszy się niegasnącą popularnością. Stworzone na podobieństwo człowieka maszyny do zabijania, o japońskim rodowodzie, zbudowane z najtwardszych metali, które dumnie kroczą na dwóch nie do zdarcia odnóżach, szturmem podbiły glob, pojawiając się w wielorakich formach popkultury, właściwie co krok. Od filmów, seriali, komiksów, animacji czy wreszcie samych produktów gałęzi elektronicznej rozrywki. A posiadanie robota giganta w prawdziwym życiu, byłby spełnieniem marzeń każdego mniej lub bardziej rozeznanego w temacie entuzjasty fantastyki. Wzniesione ze stali bestie zaliczyły wiele występów gościnnych, w tym w najwybitniejszych dziełach kinematografii czy gier wideo, które rozpalają dyskusje wśród największych zapaleńców. A na domiar tego, ten temat jest do tego stopnia nośny, że Zespół Elektroników z Kalifornii postanowił ponownie postawić na złego konia, tym razem dopychając do niego kampanię, by tylko wycisnąć z tego nurtu nawet najmniejszego miedziaka. Dzisiaj będę kontynuować swoją ekspedycję, przez cyfrowy odpowiednik stajni Augiasza, znany powszechnie jako Steam Greenlight, za pośrednictwem tytułu, który chciał za wszelką cenę dopiąć się do tego fenomenu. Czy wyszedł z tym z obronną ręką? Już za moment się przekonamy. Tak więc, zapraszam do oglądania!

Gra Iron Soul, trafiła do dziesiątego kręgu piekielnego, zwanego również pod nazwą steam, dwudziestego szóstego lutego 2014 roku, z pomocą niejakiego Efat Efati, a garażowym studiem, które przyłożyło swoje wszystkie kończyny do spłodzenia tego obelżywego kawałka kodu, było niejakie Blue Be gejms, bądź jak kto woli gry niebieskiej pszczółki. Choć sądząc po tym jaką abominację spichcili, śmiałbym twierdzić, że ta sympatyczna niebieska pszczółka, okazuje się być spasłym bąkiem, penetrującym swoim spiczastym żądłem białko w gałce. Ale nie uprzedzajmy faktów. Choć ta parszywa grupa prócz Duszy ze Stali, będącym ich mały kroczkiem w branży, porównywalnym do tego niemowlaka przed wejściem do wanny pełnej nagrzanej wody, jak i swoistą wizytówką, nie posiadała innego godnego uwiecznienia tworu, to warto nadmienić, iż dbali o nią jak o własne dziecię, co można zobaczyć na ich stronie internetowej, które obecnie jest w stanie rozkładu. I skoro już przywołałem temat, to warto się jej bliżej przyjrzeć, gdyż już rok przed oficjalną premierą, w zakładce dotyczącej lejtmotywu, mogliśmy się natknąć na takie sowite zwroty rodem z książek Szekspira, jak dwie torowe kampanie, które opowiadają historię inwazji robotów, bądź w pełni zoptymalizowane dźwignie, zawierające pod dostatkiem wyzwań i sekretów. Jednak zanim zapuszczę się w głąb dzisiejszego fiaska, przyjrzyjmy się ukradkiem zdaniom internautów.

Choć nawet pies z kulawą nogą, o krytykach nie wspominając, nie posilił się, by wklepać na klawiaturze parę słów o tym niewypale, to z odsieczą przyszli sami konsumenci, którzy jakimś zbiegiem okoliczności, znaleźli tę perzynę w topielach swojej cyfrowej biblioteki. Dzięki ich zręcznym piórom, plon niebieskich owadów może się poszczycić, dziewięcioma procentami pozytywnych recenzji. Paru innych śmiałków, którzy również wytoczyli swoje ciężkie działa, można wyłowić także na meta krytyku. W chwili publikacji tego epizodu, średnia ich opinii oscyluje w granicach dwa i 9 dziesiątych na 10. Moje podekscytowanie właśnie osiągnęło swój punkt szczytowy.

Wszelką, nawet tą najbardziej złudną nadzieję, możemy jednak porzucić w momencie odpalenia tego szkaradzieństwa. Bowiem zaledwie chwilę, po przeczekaniu logotypu sil nika, który wprawia w ruch tę nędzę, oraz obejrzeniu gustownie wykonanego filmowego przerywnika, nad którym urabiali sobie ręce po łokcie, animatorzy z Kraju Wschodzącego Słońca, oraz sztab z Piksara, przed naszymi ogniskami ukazuje się taka oto szpetota. Mamy napromieniowanego na żółto robota, wyglądającego jak żywcem wyjęty z probówki, dziesiątki monitorów pokazujących jakieś linie, sjnusy i inne chujusy. Stłuczone okienko, do którego przyspawano znak fabryczny Duszy z Żelaza, iskry, które zdają się sypać nawet w powietrzu, kamerę, która nie potrafi usiedzieć w miejscu, a całemu temu pobojowisku wtóruje kocia muzyka, grana na zdezelowanych cymbałkach, którą to możemy rozkoszować się przez długie minuty. Dołóżmy do tego mizerną ilość ustawień, które nie dość, że są pozbawione podstawowych opcji, to w większości przypadków składają się z paru pasków, a także odgłosy towarzyszące przesuwaniu suwaków, sprzyjające pogłębianiu się migreny i krwotoku z bębenków usznych, a otrzymamy istną napaść dla naszych receptorów mózgowych. Widać, że numeranci klepiący kod, postanowili zacząć z wysokiego Ce.

Jak nakazuje tradycja, warto wspomnieć także o wgniatającej w fotel fabule, która swoją złożonością i nieprzewidywalnością, może zaskarbić sobie serca nawet tych najbardziej wybrednych użytkowników. Otóż teherańscy mistrzowie pisarstwa postanowili wrzucić nas do ery robotów, gdzie mechaniczne, bezduszne machiny, zostają wznoszone w hurtowych ilościach przez rząd, by unicestwić pozaziemskie formy życia, zamieszkałe na planecie Goldiloks, które nie mają wobec Ziemi przyjaznych zamiarów. Roboty zaczynają coraz gęściej zasiedlać Matkę Ziemię, a zespół o tajemniczym anagramie ge es ef, haruje w pocie czoła nad nowym gatunkiem, zwanym en ero, którego każdy typ został połączony w jeden rdzeń. Zanim jednak zdążymy poukładać te wszystkie informacje w głowie i połączyć kropki, zostajemy zalewani kolejną dawką narracyjnej papki, w której sam gawędziarz zaczyna rozmyślać, czy owe jądro nie trafi przypadkiem w niepowołane ręce. Po tej dawce bełkotu, od którego kora mózgowa zaczyna pęcznieć, a płyn mózgowordzeniowy wylewać uszami, zostajemy raptem wrzuceni do animacji skręconej na silniku Stalowej Duszy. W niej możemy zaobserwować jakiś siwego doktorka, który próbuje uporać się z szarżującą armią mechanicznych gałek ocznych. I naprawdę warto nie odsuwać wzroku od ekranu, bo niedługo później dane nam będzie delektować się, najbardziej dramatyczną sceną okraszona spowolnieniem czasu, jaką widziało medium, jakim są gry wideo. I nie dość, że po tym bolesnym upadku, sam profesor leży sobie na podłodze jakby popijał sobie koktajl na leżaczku, to zaledwie ułamek sekundy dalej, możemy go namierzyć stojącego niewzruszenie w portalu, po rutynowym otrzepaniu się z kurzu, i innej posoki. Komentarz wydaje się być zbędny.

Żelazne jestestwo, u podstaw jest strzelaniną z perspektywy trzeciej osoby, która miałaby też uszczknąć co nieco, od trójwymiarowych platformówek. Przez to każdy poziom jest podzielony na dwie niewspółmierne części. Z jednej strony, natykamy się na małe areny, i by dostać się dalej, mamy obowiązek wystrzelać wszystkie walające się po mapie maszynowe ustrojstwa, dopóki te nie wyzioną ducha. A z drugiej, trafiamy na tor przeszkód, złożony z lewitujących platform, w których musimy się wykazać gibkością i zręcznymi palcami. I o ile ta pierwsza część to banalna sieczka, w której można wyłączyć mózg i dać sprawom toczyć się samym, to w przypadku tej drugiej, warto się nad nią nieco przychylić, bo to w tym miejscu zaczynają się prawdziwe schody. Gdyż starając się kicać naszym golemem z palety na paletę, poczujemy taki dreszczyk emocji którego nie powstydziłaby się niejedna ruletka. Sęk w tym, że nasz cyborg sprawdza się w  podskakiwaniu równie dobrze, co szkrab z niedoborem hormonu wzrostu, próbujący wytrącić sprzedawczyni cukierka z lady, a platformy na które usiłujemy się fiknąć, rozpływają się w powietrzu zaledwie chwilę po ich dotknięciu. Smaczku dodaje również fakt, iż płyty są oddalone od siebie w takim miejscu, byśmy lądując mogli je dotknąć koniuszkami palców u nóg. A kiedy doszły do tego skrzywione rampy, które można odgiąć na parę sekund jedynie celnym strzałem z gnata, miałem ochotę wpakować swoją całą pięść do jamy ustnej.

Pośród mechanicznych pokurczy do wysłania w niebyt, możemy wyłuskać takie egzotyki jak między innymi, chodzące patrzałki, które w zależności od wersji kolorystycznej, wykształcają w sobie umiejętność plucia śrutem ze źrenicy, bądź uganiają się za nami, przy okazji wykopując swoimi skorodowanymi kulasami, drugi rów Mariański, telepiąc się przy tym niemiłosiernie. Wyrywające się spod gruzów zmechanizowane robale, które ze swoich pysków, ślą w naszą stronę lawinę wybuchowych pocisków. Oraz wreszcie gibające się z lewej do prawej latające maszkary, smagające nas ze swoich dwóch działek. I choć na papierze mogą minimalnie budzić niepokój, to w praktyce wywołują jedynie uśmiech politowania. Dzieje się to dlatego, gdyż wszystkie nieprzyjacielskie roboty, zachowują się, jakby przed wejściem na plac boju, wdychały opary rozgrzewającego się na słońcu, w pół zaschniętego stolca. I nie inaczej jest z naczelnikami, przy tworzeniu których projektanci wyciskali z siebie siódme poty. Mamy bowiem znane wcześniej ślipko, tym razem na sterydach, które zostało wyposażone w wiązkę laserową, oraz tupnięcie tak mocarne, że potrafi wytworzyć falę uderzeniową kilka metrów nad ziemią. Oraz węża, rozmiarów wielkoluda, oplującego naszego tytana rakietami. I niestety wbrew nazwie, starcia te z tymi w Mrocznych Duszach nie mają nic wspólnego. Ataki watażków są przewidywalne jak wyborcze obietnice, a sami wcinają glebę zaledwie po paru przyjętych na klatę, czy tam odwłok, magazynkach.

Pikanterii całemu przedsięwzięciu nadaje też rynsztunek, który nasz żelazny wojak dzierży w trakcie zmagań. W nasze ręce oddano do dyspozycji wyświechtane działko trzeciej świeżości, które przegrzewa się po splunięciu paru kulek plazmy, i wymaga paru sekund na odnowienie swojej ikry. Przenośny karabin maszynowy, który mimo nieco ograniczonej ilości amunicji, potrafi rozpruć na strzępki nawet najbardziej nieustępliwego niewydarzeńca. A miejsce znalazło się też dla granatnika, którego odnajdujemy w jednym z końcowych etapów, który tak naprawdę okazuje się skręconą naprędce strzelbą z tak wielkim odrzutem, że aż kamera wije się w konwulsjach. I już pomijając oczywistości, czyli fakt posiada arsenału, składającego się z jedynie trzech kurwa pukawek, korzystanie z tych broni jest równie frapujące, co oglądanie mistrzostw dzierganie swetrów kółka gospodyń wiejskich. Poziewując bezrefleksyjnie będziemy zarówno trzymając w swoich chropowatych łapskach mini gan, bądź nawet bydle miotające wybuchowe pociski. A nawet gdy znajdziemy się w sytuacji, gdzie zabraknie nam pokarmu dla naszych luf, to podmiana broni na inną jest pozbawione jakichkolwiek zakłóceń.       

W opłakanym stanie znajdują się też poziomy, przez które zmuszeni będziemy przebierać nogami. Choć zdarzają się miejscówki, i to sztuk dwie, które silą się na jakiekolwiek zatajenie skrajnej liniowości, biorąc nas na lep, iluzją otwartej przestrzeni, to całą resztę tej skurwiałej potwarzy dla gier komputerowych, spędzimy zamknięci w szaroburych fabrykach, zapełnionych platformami, guzikami, żrącymi substancjami, i elektronicznymi maszkarami do unicestwienia. Byśmy mogli rozprostować neurony, i wyrwać z życiorysu parę, bądź paręnaście minut, nasi wielmożni architekci, postanowili dokleić do każdej z lokacji parę wymyślnych łamigłówek. I choć znajdziemy tu banały, polegające na wciśnięciu przycisku, bądź przestawieniu paru palet za pomocą kilku dźwigni, to później możemy dogrzebać się do takich rarytasów, które zabiłyby ćwieka, niejednemu potomkowi Ajnsztajna. Otóż w jednym z późniejszych poziomów, jesteśmy postawieni w takiej oto sytuacji. Droga do ostatniej części zostaje zabarykadowana, przez wpół widzialną elektryczną ścianę, a jedynym sposobem by się jej pozbyć, jest skorzystanie ze specjalnego automatu, znajdującego się po drugiej stronie. Problem się jednak pojawia, gdy po wyścieleniu paru trupów, podchodzimy do aparatury, a ta zdaje się nie współpracować. Nie pomogły sztuczki, prośby ani groźby, a tym bardziej cofnięcie do poprzedniego punktu kontrolnego. Wreszcie w akcie furii, zaczynam pruć swoim karabinkiem w co popadnie, i jak gdyby nigdy nic doznaję olśnienia. Okazuje się, że brama zapadnie się pod ziemię dopiero w momencie, gdy wpakujemy serię z gnata w trzy żarzące się grzybki. I co ciekawe ten sam patent powtarza się także w końcowej walce z głównym szefem, do której rozwiązanie zostaje podane nam na tacy tuż przed samą walką, a także kurwa w jej trakcie. Na włócznię Odyna, nawet najbieglejszy z katów nie mógłby zadbać o równie wykwintne katusze.

Oprawa audiowizualna mówiąc szczerze, i to bez toczenia piany z ust, jest naprawdę zdumiewająca, zwłaszcza jeśli chodzi o aspekt graficzny. Niebieskie pszczółki postanowiły skorzystać z technologii od Epików, i skłamałbym gdybym orzekł, że tego nie da się uchwycić. Racja, szaroburość można dostrzec tu co krok, niektóre wybuchy prezentują się biedniej, niż te przeterminowanych odpustowych petard, a kierowany przez nas chwat i cała reszta szajki, gramolą się jakby zalały się olejem, ale wszystkie te niedoskonałości, rekompensują w pewien sposób modele, na które pokuszono się zużyć nieco więcej brył, niż palców obu rąk wojskowego, z zezowatym szczęściem, oświetlenie wyglądające całkiem przyzwoicie, czy rozdzielczość tekstur, a oko cieszy także efekt rozkwitu. Szkoda, że nasze małżowiny nie mogą popaść w podobny zachwyt. Aktor podkładający głos irytującemu głosowi, który towarzyszy nam przez resztę tułaczki, brzmi jak daleki kuzyn hydraulika Mario, po kilku wylewach, delikwent wcielający się w doktorka, dokazuje jakby przed chwilą pochłonął cały wór proszków nasennych. Prócz tego dostajemy lecące w tle kociokwiki, które poziomem nie odstępują od tych z głównego meni, oraz parę efektów dźwiękowych, które zdają się być aż nadto znajome. Jakby mi się kiedyś obiły o uszy. *HL1* Ja chyba śnię. Śmiecie, kurwa, żartować?  Pozwólcie, że spuszczę na to zasłonę milczenia.

No i wreszcie przyszedł czas na omówienie strony technicznej, nad którą siły roboczej nie szczędzili. Od byków ortograficznych, które można wypatrzeć nawet w napisach końcowych, złych podpisów pod niektórymi kwestiami, oraz nachodzącymi na siebie dialogami, możemy też nadziać się na ściany, na których zablokuje się nasz dzielny mąż, a w niektórych przypadkach, dane nam będzie pójść z Abrahamem na piwo, nawet gdy nasz licznik zdrowia, będzie pokazywał liczbę większą od zera. Po wczytaniu poprzedniego zapisu, niektóre tekstury przestają się pojawiać. Wpadając na niektóre skały, zdołamy przelecieć przez świat gry. A w momencie, gdy po wybiciu pewnej szychy, zgładzą nas jego pomagierzy podczas końcowego dialogu, musimy do walki podchodzić raz jeszcze. Jednak czarę goryczy przelewa kampania, opatrzona numerem półtora. W tej podkoloryzowanej wersji poprzednich misji, zdarzyć się może, że mechaniczny wąż i nora, z którego się wykluwa, zaczną razem wić się w powietrzu, w cudacznym tańcu. Jednak prawdziwy festiwal absurdu wychodzi na jaw dopiero wtedy, kiedy natrafimy na jednego z wodzirei znanych z kampanii. Bowiem gdy wszystkie planety ustawią się w jednej linii, a na gwiazdozbiorze wyłoni się niebieski księżyc, nadarzy się nam okazja, na zabicie napakowanego węża, zanim jego miernik punktów żywotności, daje o sobie poznać. Śmiechom nie było końca.

Przechodząc do sedna, Gra Iron Soul, bądź w przełożeniu na nasz język ojczysty, Dusza ze Stali, to nie tylko wydmuszka, która miała zwabiać niedoinformowanych klientów, chwytając ich za powiekę, ale i ubliżenie dla całego gatunku strzelanek. Jest to swego rodzaju duchowy spadkobierca steam slaga, który choć przykuwał łatwowiernych stroną artystyczną, odrzucał całą resztą. Linia fabularna jest bardziej zawiła niż węzeł gordyjski, dialogi są napisane tak żenująco źle, że niekiedy zarykiwałem się ze śmiechu. Rozgrywka to połączenie wszystkiego co najgorsze w grach akcji, ze szczególnym naciskiem na platformówki. Fonia albo jest zerżnięta z pierwszego półokresu, albo zapisana za pomocą mikrofonu zanurzonego w ropie naftowej. Model strzelania jest kompletnie pozbawiony wigoru, a przedzieranie się przez etapy, które poziomem pukają dno od spodu, to skończona udręka. A by dolać oliwy do ognia, samo przejście obu kampanii, i to pełzając, zajęło mi niecałe cztery godziny. Mówiąc dokładniej, dwieście dwadzieścia osiem minut. Za cenę bagatela dziesięciu euro w dniu premiery. Wolałbym mieć wbite jabłko Adama do krtani naostrzonym szpadlem, niż kiedykolwiek zmierzyć się z tą spierdoliną kolejny raz. Cóż, przynajmniej są karty kolekcjonerskie. I tym optymistycznym akcentem, przejdźmy do ocen.